ŚWIĄTECZNA OBIETNICA

Opowiadanie na konkurs Książka Zamiast Kwiatka miejsce IV

Podłoga cicho skrzypiała pod jej stopami, burząc ciszę biblioteki. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. O tej porze nie było w niej innych czytelników. I nawet stara bibliotekarka zatopiona w lekturze opasłego tomu nie podniosła na nią wzroku, odpowiadając zwyczajowe „Dzień dobry”. Dzięki temu Marta mogła spokoje poszukać tego, po co przyszła. Pewnym krokiem udała się do działu z literaturą dziecięcą. Miała nadzieję, że szybko uda jej się znaleźć potrzebną książkę. Obiecała Ani, że poczyta jej dziś coś niezwykłego. Wybór padł na „Alicję w krainie czarów”. Tylko tyle mogła dla niej zrobić. Reszta była w rękach lekarzy.

– Mam nadzieję, że to jej sprawi trochę radości – pomyślała, wyjmując z półki jeden z podniszczonych egzemplarzy książki. Kiedy ona była dzieckiem ta książka była w stanie poprawić jej nastrój. – Poproszę tę – powiedziała z uśmiecham.

– Ale to literatura dziecięca? – zdziwiła się bibliotekarka.

– Wiem… Moja siostra jest teraz w szpitalu. Pomyślałam, że jej poczytam, kiedy będę u niej siedzieć. Mam nadzieję, że to jej choć trochę poprawi humor przez te kilka dni. – stwierdziła Marta z uśmiechem. – Mnie też czytano tę książkę, kiedy byłam chora – wyjaśniła nieśmiało. Nie bardzo wiedziała, co mogła by powiedzieć. Uznała, że nie ma sensu robić przedstawienia.

– Mam nadzieję, że jej się spodoba. Teraz dzieci niewiele czytają. Rodzice nie mają czasu im czytać. Wszyscy się gdzieś spieszą – powiedziała kobieta z nieskrywanym smutkiem.

– Dziękuję pani bardzo. Do widzenia.

Marta zwykle nie kłamała, ale nie wiedziała, jak ma powiedzieć prawdę. Słowo „śmierć” w połączeniu z dobroczynnością wywoływało w ludziach coś, czego bardzo nie lubiła. Chciała jednak, by świat stał się lepszy. Nawet dla tych, co już prawie z niego odeszli. Mimo, że przez lata zdążyła się napatrzeć na niejedno, zawsze miała nadzieję. Tym razem też wierzyła, że będzie lepiej. Chciała zdążyć dać tym dzieciom jak najwięcej.

Biegła szybko chodnikiem, by nie tracić ani chwili. Chciała jak najszybciej pojawić się u Ani. Spędzić z nią czas. Kilka ulic pokonała w pośpiechu, po raz pierwszy nie zwracając uwagi na mijanych przechodniów. Szybko dotarła na obrzeża miasta, gdzie kręta, stroma droga prowadziła ją przez las. Jeszcze tak nie dawno była to leśna ścieżka. Dziś betonowa szara droga, która poprowadziła ją pod szpitalny gmach. Nie było jej łatwo. Nawet teraz, po latach, nie lubiła szpitala. Wyglądał dziś, co prawda inaczej, ale jego specyficzny zapach sterylności pozostał nadal ten sam. Zanim przekroczyła jednak próg oddziału dziecięcego, zdążyła się już opanować. Znała tu każdy kąt, bo – jako dziecko – spędziła w tym miejscu dużo czasy, gdy przeszczepiono jej szpik.

– No cześć, mała, jak się masz? – spytała, mając nadzieję, że jej głos jest wystarczająco swobodny

– Bałam się, że już nie przyjdziesz – powiedziała cicho Ania.

– No, co ty? Ja? Przecież ci obiecałam.

– Niby tak…

– Ja zawsze dotrzymuję słowa. I mam dla ciebie niespodziankę.

– Jaką? – spytała.

– Zobacz, co ci przyniosłam.

– Po co mi kolejna książka?

– W książkach można spełnić większość marzeń, mieć wszystko.

– Nikt ci nie mówił, że ja już nie zdążę? Nie będę mieć wszystkiego? – szepnęła smutno Ania.

– Zdążysz. Ta książka sprawi, że zdążysz poznać smak niezwykłego życia. Spełnionych marzeń. To co, zaczynamy?

– Jeśli chcesz… Ale i tak uważam, że to nie ma sensu – powiedziała cicho Ania.

-„ROZDZIAŁ I PRZEZ KRÓLICZĄ NORĘ. – Zaczęła ignorując jej ostatnie zdanie. – …Alicja miała już dość siedzenia na ławce obok siostry i próżnowania. Raz czy dwa razy zerknęła do książki, którą czytała siostra. Niestety, w książce nie było obrazków ani rozmów. „A cóż jest warta książka – pomyślała Alicja – w której nie ma rozmów ani obrazków?” Alicja rozmyślała właśnie – a raczej starała się rozmyślać, ponieważ upał czynił ją bardzo senną i niemrawą – czy warto męczyć się przy zrywaniu stokrotek po to, aby uwić z nich wianek. Nagle tuż obok niej przebiegł Biały Królik o różowych ślepkach…”1– czytała na głos.

W kolorowej sali oprócz Ani leżało jeszcze dwoje innych dzieci, które teraz też były cicho. Słuchały, a czytana przez nią książka otwiera przed nimi nieznane dotąd światy. Maszyny i kroplówki też tak jakby ucichły urzeczone historią, którą czytała. Kolejne strony odsuwały od zasłuchanych dzieci nawet zapach, jaki miała ta szpitalna sala. Kiedy Marta uznała, że zasnęły, przerwała.

– Czytaj – poprosiła cichutko Ania.

– Śpij. Wy musicie odpocząć, a ja już dawno powinnam sobie iść. Dziwię się, że pielęgniarki jeszcze mnie nie wygoniły…

– Wiedzą, że to nie ma sensu.

– Dlaczego?

– Bo my możemy odejść w każdej chwili, nie chcą nam niczego odbierać…

– No coś ty? Co ty mówisz?

– Nie musisz mnie okłamywać. Ja wiem, że stąd mało kto wraca do domu. Śmierć codziennie tutaj bywa. Choć nie mówią o tym oddziale… tak jak powinni. Nie chcą, byśmy się bali umierać. Zwłaszcza teraz, kiedy są niedługo Święta.

– Przecież mówiłaś, że ci lepiej… – Marta poczuła, jak coś ją dławi boleśnie.

– Lepiej, bo wiem, że to już długo nie potrwa. Szkoda tylko, że już nie będzie normalnie. Nie będzie domu i rodziny. Kiedyś myślałam, że może zabierzesz mnie do siebie.

– Ale ja nie mam rodziny. Nie pozwolili by mi…

– Wiem, ale przez chwile miałam nadzieję. W marzeniach jest tak, jak w tej książce. Wszystko bywa możliwe. Chciałam mieć taką krainę dla siebie. Wtedy ty też nie byłabyś sama w Święta. Ubrałybyśmy choinkę. Byłoby tak. jak zwykle bywa w domach.

– Widzę, że wszystko zaplanowałaś.

– Jasne. Zaprosilibyśmy na Wigilię Wiktora i Adasia. Oni też teraz są sami i byłoby im raźniej. Bylibyśmy jak rodzina. Taka, co po drodze na pasterkę lepi bałwana. My z domu dziecka nie wychodzimy w Święta. Jest smutno. Bo nie każde z nas może być u kogoś… A nawet jeśli, to zawsze musi wrócić. Niewielu ma szczęście i zostaje gdzieś na dłużej. Myślałam, że mnie się uda być u ciebie… Może zabrałybyśmy ze schroniska jakiegoś psa. Może kot też by się jakiś przybłąkał. Lubisz koty?

– Nie bardzo, ale myślę, że dało by się coś z tym zrobić. Tylko nie moglibyśmy jeździć na wakacje – Marta uśmiechnęła się, opanowując drżenie ust. Wiedziała, że dziewczynka niedługo odejdzie i nie chciała burzyć jej marzenia.

– Dlaczego? – zdziwiła się Ania.

– Bo zwierząt nie można zostawiać samych. Trzeba się nimi opiekować.

– To pojechałyby z nami – oświadczyła dziewczynka. – A dokąd byśmy pojechali?

– A dokąd byś chciała?

– Nigdy nie byłam nad morzem.

– W takim razie musisz koniecznie pojechać.

– Chyba już nie zdążę…

– Nie mów tak – Marta przygryzła usta.

– Zrobisz coś dla mnie?

– Postaram się, a co chcesz?

– Nawet jeśli mnie już nie będzie, zaproś na Święta Wiktora i Adasia. Nikt nie powinien być sam.

Marta nie bardzo wiedziała, co powiedzieć.

– Przecież obiecałaś – Ania spojrzała na nią oskarżycielsko.

– Nie o mnie chodzi. Może oni sami nie będą tego chcieli…

– No co ty? Kto by nie chciał?

Skapitulowała. Wiedziała, że dalsza dyskusja nie ma sensu. Jeszcze nie wiedziała, jak to zrobi, ale była zdecydowana dotrzymać obietnicy danej umierającemu dziecku.

– No dobra, obiecuję. Odpocznij teraz, bo jest już późno, a ja muszę wracać. Zajrzę do ciebie po pracy – powiedziała cicho i wyszła, nie czekając na odpowiedź. Widziała, że osłabiona Ania już prawie śpi.

Nie wracała myślami do tej rozmowy przez kilka kolejnych dni. Po tym, co się stało, nie była w stanie normalnie zebrać myśli. Wiele razy godziła się z czyimś odchodzeniem. Śmierć Ani była dla niej jednak czymś więcej. Wszystko, co działo się wokół, przestało nagle do niej docierać. Jakby od reszty świata odgrodziła ją ściana bólu. Dopiero dźwięk dzwoniącego uporczywie telefonu wyrwał ją z otępienia.

– Słucham…

– Cześć, jak się trzymasz? – spytał Wiktor, lekarz z oddziału.

– Kiepsko. Niby powinnam się na to przygotować, ale cały czas miałam nadzieję…

– Rozumiem cię. Mam podobnie. Co gorsza, nie mogę przestać myśleć o tym co kazała mi obiecać – powiedział niepewnie jej rozmówca.

– Nie mów, że tobie też zorganizowała Święta…

– Skąd wiesz?

– Nietrudno się domyślić. Poza tym spędziłam z nią ostatnie godziny jej życia… – wydusiła z siebie czując, jak łzy znowu zaczynają jej płynąć po policzkach

– Co z tym zrobimy?

– Nie wiem co ty zamierzasz, ale ja jej obiecałam… Wiem, że to głupie. Irracjonalne nawet… Ale nie umiałabym… Obiecałam Ani…

– Ja też. Dasz radę? Urządzimy wspólne Święta, chcesz?

– Chyba nie mamy wyjścia. Oboje jej to obiecaliśmy…A jak Adaś?

– Dobrze. Choć jest smutny, że Ania nie dostanie prezentu, który jej obiecał.

– Dostanie – powiedziała Marta, wiedząc już, co powinna zrobić. Przyszedł jej do głowy pomysł, kiedy na wystawie sklepu zobaczyła aniołka ze szkła. – Stworzymy jej Święta.

1.”Alicja w krainie czarów”. Carroll Lewis

Dodaj komentarz